A może wyłączyć światło?

Home / Datastorytelling / A może wyłączyć światło?

A może wyłączyć światło?

Marszałek Karczewski zaapelował, aby bogaci w poczuciu obywatelskiej odpowiedzialności rezygnowali ze swoich 500 złotych na dziecko. Roman Giertych ogłasza, że on zasiłek przekaże na specjalny fundusz, z którego będzie bronił prześladowanych przez PiS. I w trosce o ofiary władz oraz swoją kancelarię apeluje do innych bogatych, aby również fundusz zasilali. W sumie jest dość zabawnie. Ponieważ jednak ekspresowe głosowania mogą się odbyć już w tym tygodniu warto przyjrzeć się temu, po co i jak podnosić dzietność.

Sprawa faktycznie wygląda poważnie, ponieważ od początku stulecia dzietność (brrr, okropne słowo, dalej będę używał angielskiego skrótu TFR) jest w Polsce bardzo niska. TFR na poziomie 1,3-1,4 pozostaje dużo poniżej potrzebnego dla odtwarzalności pokoleń 2,1. To problem całego  Zachodu, a Europy w szczególności. Zresztą prawidłowość, iż wzrost dochodów przynosi zmniejszenie liczby dzieci jest globalna. Odsyłam tutaj do klasycznej prezentacji Hansa Roslinga. Wróćmy jednak do naszych dzieci. Ponieważ wszyscy proponujący rozwiązania tej kwestii powołują się na doświadczenia innych krajów przyjrzyjmy się, co z doświadczeń tych wynika. Zacznijmy od spojrzenia na sytuacje w Europie przez ostatnie 20 lat . Animacja poniżej pokazuje zmiany TFR w zależności od kilku zmiennych: poziomu zasiłków rodzinnych, odsetka 4-latków w przedszkolach, zarobków, odsetka urodzeń poza małżeństwem (za chwilę dlaczego to ostatnie).
    Źródło: Eurostat; (animację można uruchomić strzałką na dole po lewej, zmienne wybrać z listy przy osiach, wielkość znacznika obrazuje wielkość populacji, a kolor - region)
Można problemowi przyjrzeć dokładniej, korzystając z narzędzi statystycznych, a nie tylko oceniając na oko. Zobaczmy zatem jakie wielkości korelują się z TFR zarówno w Europie, jak i w naszym regionie.
    Źródło: Eurostat; wykresy dla różnych zmiennych wybieramy w dolnym pasku. 
W Europie istotna statystycznie jest korelacja z wysokością zasiłków rodzinnych. Pod uwagę warto też brać wynagrodzenia (tutaj dość typowej rodziny z dwójką dzieci, gdzie jedna osoba zarabia 100%, a druga 67% przeciętnego wynagrodzenia). Zupełnie natomiast nie ma związku pomiędzy odsetkiem 4-latków w przedszkolach, a TFR (jednak trudno się jej spodziewać w przypadku blisko 100% uprzedszkolnienia w Europie). A w naszym regionie? Dość wyraźnie widać, że TFR ... nie koreluje się z niczym (poza odsetkiem urodzeń pozamałżeńskich, ale tu jednak przyjąłbym hipotezę, że zmienne te nie są niezależne). Co z tego wynika? Na pewno to, że nie ma jednego cudownego rozwiązania, ale wysokość zasiłków ma znaczenie. Może rząd ma tego świadomość i jego szacunki, że 500 złotych na dziecko przyniesie 278 tys. dodatkowych urodzeń są ostrożne? Spójrzmy zatem na "Prognozę Ludności na lata 2014-2050"Analizowano tam cztery scenariusze dzietności (tak jest w dokumencie, więc nie będę zamieniał na TFR ;-)). Żeby łatwiej było się zorientować nazwano je niski, średni, wysoki i bardzo wysoki. Za najbardziej prawdopodobny przyjęto średni scenariusz zmian, niski i wysoki uznając za alternatywne wobec niego. Miałbym lekkie zastrzeżenia do tego wyboru, bo chyba niektóre założenia są zbyt optymistyczne. Trzeba jednak zaakceptować autorytet demografów z GUS. Nie mam natomiast wątpliwości (podobnie jak chyba GUS),  że bardzo wysoki to wishfull thinking. Na których scenariuszach oparły się prognozy Ministerstwa Pracy dotyczące urodzeń w kolejnych 10 latach? Otóż podawane dane najbardziej pasują do różnicy pomiędzy scenariuszami wysokim, a .... bardzo wysokim. Skumulowana różnica między nimi w prognozie GUS to 271 tys., a różnica w przyszłym roku ma miałaby wyniesść 11,01 tyś. (wobec 11,2 tys. prognozowanych przez MPiPS). No to zacytujmy, co GUS pisze o scenariuszu bardzo wysokim: "Scenariusz bardzo wysoki zakłada realizację rządowej, długofalowej strategii rozwoju zawartej w 'Długookresowej Strategii Rozwoju Kraju – Polska 2030. Trzecia fala nowoczesności' ”. W sumie to dobrze, że  wreszcie MPiPS chciałoby realizować strategię przygotowaną przez Michała Boniego dla poprzedniego rządu. Dodajmy do tego listę czynników, które GUS uznał za niezbędne dla realizacji wszystkich scenariuszy (także niskiego!):
          • wyraźną poprawę sytuacji na rynku pracy dla osób młodych (wyraźny spadek bezrobocia, poprawa pewności zatrudnienia),
          • powrót do szybkiego rozwoju gospodarczego po okresie recesji,
          • znaczne i szybkie poprawianie się sytuacji materialnej gospodarstw domowych po okresie recesji,
          • zmiany w systemie edukacji umożliwiające bardziej płynne przejście z systemu edukacji do zatrudnienia,
          • wyraźną poprawę sytuacji na rynku mieszkań,
          • szybką poprawę dostępności do żłobków i przedszkoli w najbliższych latach,
          • wyraźną poprawę sytuacji kobiet na rynku pracy (wzrost wskaźnika zatrudnienia kobiet),
          • systematyczny wzrost „średniej liczby dzieci w deklarowanym idealnym modelu rodziny”,
          • popularyzacja modelu rodziny wielodzietnej,
          • systematyczną zmianę mentalności dotyczącą pozycji i ról społecznych realizowanych przez kobiety i mężczyzn,
          • znaczne zmiany w systemie podatkowym, w szczególności zmniejszenie podatków pośrednich dla osób decydujących się na dzieci oraz wprowadzanie prorodzinnych ulg podatkowych.
Możemy zatem spać spokojnie. Zaraz pojawią się kolejne przeprowadzane w ekspresowym tempie ustawy, które powyższe sprawy załatwią. Oczywiście posłanie 7-latków do I klasy, które przyniesie zmniejszenie liczby miejsc w przedszkolach dla młodszych dzieci, jest mało znaczącym incydentem. I to MEN, a nie MPiPS jest za reformę odpowiedzialny.
Przyznajmy jednak, że wzrost liczby urodzonych dzieci o 278 tysięcy przez 10 lat nie jest imponujący. Dziś rocznie rodzi się ich ponad 350 tys. To po co walczyć o zwiększenie liczby urodzeń? Praca jest syzyfowa - jak słusznie zauważają demografowie kobiety, które mogły by być dziś matkami nie urodziły się 25 lat temu. I marne są szanse, że obecnie coś w tej sprawie zmienimy. Może lepiej przyzwyczaić się do myśli, że dzieci będzie mało? Jedyny problem, który mamy dotyczy kwestii emerytalnych. Po prostu coraz mniej dzieci będzie musiało płacić składki, które sfinansują świadczenia dla coraz liczniejszej grupy emerytów. Zmiana tych proporcji co najmniej niepokoi.
Rozwiązania tego problemu są dwa - albo wzrost składek o 2/5, albo obniżenie emerytur o 1/3. Można oczywiście przyjąć, że wrócimy do systemu emerytalnego opartego na IV Przykazaniu. W sumie działał od przez kilka tysięcy lat, do czasu, gdy Bismarck zastąpił go repartycją. Tylko, podobnie jak współczynnik obciążenia (proporcja liczby osób w wieku emerytalnym do osób w wieku aktywności zawodowej), także współczynnik opieki nad rodzicami (czyli proporcja osób w wieku 85+ do osób wieku 50-64) dość dramatycznie się pogorszy. W taki sposób, że przeciętne małżeństwo będzie musiało pomagać dwojgu swoich rodziców w wieku powyżej 85 lat.   Pokolenia te wpadną w pułapkę "sandwich generation" czyli jednocześnego ponoszenia wysokich kosztów wspierania rodziców  i wychowania dzieci. Ale zaraz, jakie "one". To generacja dzisiejszych 30-latków i  dzieci 40-50 latków. Dzisiejszy 30 latek będzie miał w 2040 roku 55 lat. Dzisiejszy 10-15 latek będzie wtedy przed czterdziestką.
No to spójrzmy, jak zwiększona liczba urodzeń wpłynie na poprawę sytuacji przyszłych emerytów. Może odpowiedzialny i przewidujący rząd zaproponował zmianę, która zapobiegnie kryzysowi za lat trzydzieści? Ponieważ mówimy o grupie urodzonej pomiędzy 2016, a 2026 rokiem, to zacznie ona płacić składki około 2040 roku. Zatem w jaki sposób fakt zwiększenia zasobów pracy o ćwierć miliona osób wpłynie na sytuację emerytów? Trudno precyzyjnie określić, ile będziemy wydawali na program 500 zł na dziecko bez szczegółowej wiedzy o jego konstrukcji. Nawet zakładając, że rząd szacuje koszty precyzyjnie (15 mld rocznie) istnieje obawa, że nie mamy takich pieniędzy w budżecie. Nie jestem przeciwnikiem zasiłków na dzieci. Rozwiązanie jest kosztowne, bez innych działań przyniesie mizerne efekty i w żaden sposób nie złagodzi kryzysu demograficznego, ale to rodziny z dziećmi są dzisiaj w najgorszej sytuacji finansowej. A de facto ponoszą one dzisiaj koszty przyszłych emerytur. Także dla tych, którzy podjęli decyzję o nieposiadaniu dzieci.
Jest jednak promyk nadziei, że nie utkniemy w pułapce niskiej dzietności. W 1965 roku w Nowym Yorku awaria prądu pogrążyła na jeden wieczór miasto w ciemnościach. Dokładnie 9 miesięcy później porodówki przeżyły oblężenie. W Polsce na szczęście nie trzeba nic robić, żeby osiągnąć podobny efekt. Ze względu na brak inwestycji w energetyce za chwilę i tak będziemy mieli regularne wyłączenia dla odbiorców indywidualnych.
Recent Posts

Leave a Comment

Contact Us

We're not around right now. But you can send us an email and we'll get back to you, asap.

Not readable? Change text. captcha txt

Start typing and press Enter to search