Późne złego te skutki

Home / Datastorytelling / Późne złego te skutki

Późne złego te skutki

Narzekanie na agresję i zdziczenie obyczajów jest obowiązkowym elementem rozmów o sprawach publicznych w Polsce. Szczególne zdziczenie dostrzegamy wśród ludzi młodych. Słusznie jako tych, którzy wnieśli agresję do debaty publicznej wskazuje się media i polityków. Ostatnio Anne Appelbaum oskarżyła o to Facebooka. Partia Razem powie o sytuacji na rynku pracy. I wszyscy ponarzekamy na szkoły. Jednak nigdzie nie widziałem refleksji na temat wpływu na to zjawisko .... przedszkola. A właściwie braku przedszkoli.
    Brzmi absurdalnie? Nie do końca. Dowodów wpływu uczęszczania do przedszkola na dorosłe życie jest aż nadto. Łatwo możemy znaleźć dziesiątki publikacji naukowych pokazujących to zjawisko. Chociażby klasyczne już dzisiaj prace Campbella oraz Reynoldsa, obie oparte o dwudziestoletnie obserwacje losów dzieci uczęszczających i nie uczęszczających do przedszkola. Jednoznacznie z nich wynika, że byłe przedszkolaki mają nie tylko lepsze wyki w nauce niż ich nie chodzący do przedszkola rówieśnicy. Mają też lepiej płatną pracę, rzadziej popadają w konflikt z prawem i uzależnienia, są zdrowsi i bardziej zadowoleni z życia. Z jednym jednak zastrzeżeniem. Pozytywne efekty widać u dzieci z rodzin o niższych dochodach i większych problemach wychowawczych. W przypadku dzieci rodziców z klasy średniej takich zależności nie ma. Mówiąc prościej - przedszkole wychowuje tych, którzy w rodzinie mają słabe szanse na bycie wychowanym.To zobaczmy co działo się w Polsce z przedszkolami od 1970 roku?
        Źródło: GUS
        Jak widać PRL nie był państwem zapewniającym szczególnie rozbudowaną ofertę opieki przedszkolnej, a sytuacja zaczęła się zmienia po objęciu sześciolatków zerówką. Jednak początek transformacji przyniósł poważny spadek odsetka dzieci uczęszczających do przedszkola. Konsekwencją było z jednej strony wypychanie kobiet z rynku pracy, a z drugiej osłabienie efektów wychowawczych i socjalizacyjnych u małych dzieci. Zwłaszcza dotyczy to dzieci ze środowisk o niższym poziomie kapitału społecznego, np. wiejskich. Sytuacja zaczęła się zmieniać po 2006 roku jednak przynajmniej 15 roczników dzieci mających dzisiaj od 15 do 30 lat poniosło konsekwencje słabej dostępności przedszkoli. No dobrze, ale po co dzisiaj pisać o błędach sprzed 20 lat? I tak będziemy musieli żyć z ich skutkami. Szczególnie, że w ostatniej dekadzie sytuacja bardzo się poprawiła. Niestety  jesteśmy w przededniu gwałtownego pogorszenia się dostępności przedszkoli. Dlaczego? Ponieważ od 1 września tego roku sześciolatki nie pójdą do szkoły. Oznacza, że aby utrzymać obecny odsetek  dzieci w przedszkolach, musiałyby one przyjąć o 1/4 dzieci więcej (jeden rocznik, czyli blisko 400.000 dzieci). Mało prawdopodobne, że gminy w ciągu pół roku miejsca te stworzą. Zostaną im zatem dwie możliwości: albo nie przyjmować trzylatków, albo umieścić 6-łatki w oddziałach przedszkolnych w szkołach. Tu drugie rozwiązanie niczym się nie różni od wysłania ich do I klasy. Stosowane pewnie będą obie metody, w zależności od sytuacji w gminie. Później samorządy zabiorą się za budowanie kolejnych przedszkoli, bo wyborcy będą tego od nich oczekiwali. Można policzyć, dla ilu trzylatków  zabraknie miejsc w przedszkolach. Można też policzyć wielkość inwestycji potrzebnych, aby osiągnąć przynajmniej dzisiejszą dostępność przedszkoli. Robienie tego na danych uśrednionych niewiele nam powie o rzeczywistej dostępności.Trudno sobie wyobrazić, że 3 latek z Ustrzyk (gdzie miejsc jest mniej) będzie w stanie dojeżdżać do Opola. Analizy trzeba robić dla poszczególnych gmin. Dane potrzebne do ich wykonania ma MEN (w bazie Systemu Informacji Oświatowej). Nie wydaje się, aby ktokolwiek tam się pofatygował o ich analizę. Na szczęście dane te są także dostępne Bazie Danych Lokalnych GUS. Za jedną tylko różnicą. W SIO są dane z września 2015 roku, a w GUS o rok wcześniejsze. Dlatego trzeba założyć jaką prognozę wzrostu liczby miejsc pomiędzy 2014, a 2016 rokiem. W poniższej symulacji założono, że wzrost będzie zależał od wskaźnika dostępności miejsc w przedszkolach (większy tam, gdzie odsetek dzieci uczęszczających do przedszkola był w 2014 roku mniejszy). Infografika poniższa umożliwia sprawdzenie jak sytuacja będzie wyglądała w poszczególnych województwach i pojedynczych gminach.
          Źródło: obliczenia własne na podstawie BDL GUS
            Wygląda na to, że problem mamy raczej w mniejszych miejscowościach i na wsiach (czyli tam, gdzie kwestia wyrównywania szans jest ważniejsza). Trochę tak jest, chociaż widać, że np. Wrocław i Trójmiasto mają problem. Ale trzeba pamiętać, że w miastach ważna jest również lokalizacja przedszkoli. Wożenie dziecka z Białołęki na Ursynów nie jest najwygodniejsze. Jak wygląda to w Warszawie widać poniżej:
              Źródło: BDL GUS
                I już teraz łatwiej zrozumieć irytację prezydenta Paszyńskiego. Z drugiej strony pamiętajmy, że część sześciolatków pójdzie do szkoły. Przed obniżeniem wieku szkolnego było to ok. 7 proc. Teraz przypuszczalnie będzie trochę więcej. Także nie wszyscy rodzice chcą wysyłać trzylatki do przedszkola. Zatem brak miejsc na poziomie nawet 15% nie powinien stanowić problemu dla gminy. Przyjrzyjmy się tym danym trochę bliżej i zastanówmy jak zachowają się samorządy stając w 2016 roku wobec problemu czy raczej tworzyć miejsca w przedszkolach, czy umieszczać dzieci w oddziałach przedszkolnych w szkole. To oczywiście zaczyna być analiza bardzo przybliżona, bo oparta na dwóch prognozach – wzrostu liczby miejsc i zachowania gmin. Jednak spróbujmy ją wykonać. Dla jej przygotowania przyjąłem inny model dla gmin wiejskich i miejskich. Na wsiach prawdopodobnie gminy zapewnią miejsca wszystkim sześciolatkom (w razie czego upychając je w oddziałach przedszkolnych w szkołach). A jak im wystarczy, to przyjmą także dzieci młodsze. W miastach natomiast miasta pod wpływem nacisku rodziców będą wybierały rozwiązywanie większego problemu - zwiększania liczby miejsc w oddziałach w szkole, czy braku miejsc dla trzylatków. I znowu, brak miejsc dla trzylatków na poziomie 15-20 proc. nie powinien być dużym problemem dla gminy. Oczywiście samorządy mają jeszcze jedną możliwość: przekonać rodziców, żeby posłali sześciolatki do szkoły. Może się to udać, ponieważ wysłanie do oddziału przedszkolnego w szkole i do I klasy niczym się nie różni. W tym samym miejscu dziecko będzie się uczyło tego samego, bo taki jest program dla "zerówek". W jakim stopniu może to pomóc gminom w rozwiązaniu problemu pokazuje tabela pod wykresem
                  Źródło: obliczenia własne na podstawie BDL GUS
                    Tutaj trzeba powrócić do małżeństwa Elbanowskich. Ponieważ zaczęły do nich docierać głosy, że samorządy będą umieszczały dzieci w oddziałach przedszkolnych w szkołach, co nie wywołuje entuzjazmu wśród rodziców.Pobiegli zatem do Pani Minister, któera wydała komunikat, że gmina mają obowiązek zapewnić miejsca w tych placówkach, które wybiorą rodzice. Irytacja samorządowców sięgnęła zenitu. Cała reforma będzie ich dużo kosztowała. Jakby jednak mieli zapewnić od września miejsca jedynie w przedszkolach, a nie także w oddziałach szkolnych, to budżety wielu z nich by się rozsypały. Nawet, gdyby chciały to zrobić do 2017 roku
                    Źródło: obliczenia własne na podstawie BDL GUS i Moja Polis
                      No ale cóż, opinia Karoliny i Tomasza Elbanowskich jest dla MEN bardziej istotna niż jakiekolwiek dane.  Nikt w MEN chyba nie kłopotał się wykonaniem takich symulacji. W sumie po co, jak projekt nie miał zostać krytycznej analizie w trakcie konsultacji społecznych. Jednak obywatele niepoprawni  w swojej chęci konsultowania projektów ustaw sami zorganizowali wysłuchanie publiczne. Wprawdzie Prezydent podpisał już ustawę, ale 9. stycznia, na obywatelskim wysłuchaniu publicznym, stawiło się ponad 200 osób, z których 50 przedstawiło uwagi do ustawy. Milczeniem pominę wystąpienie przedstawicielki MEN w jego trakcie. Powiem tylko, że sala w buchnęła w jego trakcie gromkim, spontanicznym śmiechem.
                        Znowu jest tak, że rząd wymyśla zmiany w edukacji, ale jej koszty ponoszą samorządy, rodzice i dzieci. Wiele jednak wskazuje, że skutki polityczne dla władzy w niedługiej przyszłości będą dolegliwe. Mało kto potrafi poradzić sobie ze wściekłością matek. Jak powiedział w trakcie wysłuchania prof. Dolata: "Jestem w stanie zrozumieć dlaczego politycy szkodzą dla własnych korzyści. Jednak szkodzenie bez odnoszenia korzyści musi budzić zdumienie"
                        Recent Posts

                        Leave a Comment

                        Contact Us

                        We're not around right now. But you can send us an email and we'll get back to you, asap.

                        Not readable? Change text. captcha txt

                        Start typing and press Enter to search